czwartek, 29 czerwca 2017

Pierwszy efekt...

No i jest! Pierwszy efekt mojej pracy stoi w moim salonie, który urządzony jest w sposób minimalistyczny, a więc, tylko tapczan narożny, stolik kawowy, fotel no i komoda, której dałam nowe życie. Dzisiaj jeszcze przy okazji odebrania mojego przyjaciela z pilskiego dworca, podjadę do Liroy Merlin i szyldziki i klucze. Musiałam korzystać też z kreatywności, bo jak to bywa "w praniu wychodzi" wiele niespodzianek.



A było to tak...
Już w trakcie szlifowania dowiedziałam się, że jest coś takiego jak FORNIR. Qrczę, odkryłam, ze mebel nie jest z litego drewna, tylko pokryty właśnie fornirem. Jakież było moje rozczarowanie, tym bardziej, ze mebel jest niemiecki, więc, oczekiwałam "niemieckiej solidności" licząc, ze jest wykonany z "porządnych materiałów". Cóż... to była pierwsza lekcja!
Druga, okazała się zaraz potem, gdy cieniutka warstwa w niektórych miejscach miała przeszlify. No właśnie wtedy doczytałam, że forniru się nie szlifuje. Jednak blat komody był tak zapaskudzony, a ja uparłam się, zęby to zlikwidować...
Co prawda, przez szlifowanie plamy dość mocno zbladły, ale wyraźnie było widać tłuste zacieki. Powłoka, która była na początku zaś zapamiętale zapychała szlifierkę, a garaż pokrył się warstwą pyłu. 
Początkowo chciałam zostawić obudowę w kolorze pierwotnym, więc, rozkręciłam fronty, przeniosłam mebel do salonu, gzie trwały już dalsze prace. Myślałam, że pyłu już nie będzie!
Po woskowaniu, oprócz zapachu miodowego na blacie nadal wychodziły plamy!!!
Zatem blat trzeba pomalować! Szkoda...
Tu nadszedł czas na farby kredowe, które kupiłam z polecenia blogowiczki, która od zawsze pracowała na farbach tej formy. Byłam bardzo podekscytowana, bo przejrzałam niezliczoną ilość filmików i blogów i wszędzie farby te (różnych firm były bardzo zachwalane). Pierwsza próba okazała się kompletną klapą. Farba była strasznie gęsta, ledwo ciągnęła się za pędzlem, dosłownie wysychała zaraz za nim i pozostawiała smugi. Po wyschnięciu wychodziły żółte plamy. Co z tym kryciem ?
Ok, nie odpuściłam - zabrałam się za drugą warstwę. Tu była jeszcze gorzej, bo farba z pierwszej warstwy zaczęła schodzić, a druga, jakby "kulać się" w drobne grudki. Takiego efektu nie chciałam! Moje rozczarowanie sięgało zenitu. Zrezygnowana postanowiłam pozbyć się tego badziewia i zaczęłam zmywać. Z blatów poszło lekko, bo tutaj powierzchnia była lekko tylko zmatowiona, ale z wierzchu komody potraktowałam farbę plastikowym skrobakiem. 


Skrobanie szło dość szybko w porównaniu ze zmywaniem wodą, ale na drugi dzień łapki bolały okropnie.
Obrażona na farby kredowa udałam się do zaprzyjaźnionego sklepu i zakupiłam farbę akrylową, z którą już wcześniej pracowałam na wielu meblach. Ta zawsze się sprawdzała, więc, i tym razem nie zawiodła. Plamy na blacie były tak silne, że położyłam trzy warstwy akrylówki, a komoda zaczęła nabierać blasku. Przyszedł też czas na oklejanie tapetą.



Efekt końcowy mimo trudów jest wspaniały! Komoda prezentuje się cudnie. Nie zaburza przestrzeni salonu, którą uwielbiam, a jeszcze ją podkreśla swoją lekkością. Wybór tapety w trójkąty i z taką kolorystyką był strzałem w dziesiątkę. Popatrzcie sami :)
I co wy na to?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz